Zima, koniec stycznia, zwyczajny dzień w Kołobrzegu. Normalny spacer i wydawać by się mogło, że tradycyjna polska rodzina z dwójką dzieci, ale nie wiedzieć dlaczego budzimy powszechne zdumienie na twarzach mijanych ludzi. Jesteśmy jedyni z wózkiem na molo i na promenadzie. Świeci słońce, temperatura dodatnia, uznaliśmy, że to pogoda idealna na spacer. Trochę idziemy, ociupinkę się gonimy a i odrobinę bawimy w chowanego, przy tym dużo się śmiejemy i dyskutujemy nieustannie, ot rodzina na spacerze. Niby normalka, ale chyba tylko dla nas. Ludzie na nas patrzą dziwnie. Niektórzy kiwają głowami. Nieliczni odważyli się zapytać: „Ile ma to dziecko w wózku?”. Odpowiedź: „6 tygodni” najczęściej powoduje konsternację i komentarze w stylu: „Naprawdę przyjechali państwo z tak małym dzieckiem nad morze?” i „Ja bym się bała!”. Tylko czy dlatego, że inni się boją my mamy siedzieć w domu?
Godzina 13:00, zaczynamy już czuć porządnie podmuchy wiatru. Wchodzimy więc całą naszą czteroosobową ekipą do kawiarni. I znowu czuję się trochę zażenowana, bo nie ma tu rodzin z dziećmi. Dostrzegam dziwne spojrzenia. No nic, trudno. To idealny czas na gorącą czekoladę. To frajda zarówno dla czterolatka: „Ale słodka i ze słomką!”, jak i dla taty: „Ale dużo bitej śmietany!” oraz mamy: „Czekolada!!!”. Siedzimy sobie i tradycyjnie dużo gadamy. Helena grzecznie śpi. Po jakimś czasie zaczyna się budzić i wiemy, że zaraz będzie się domagać jedzenia. Spoko, jesteśmy zorganizowani. Nie dopuszczamy żeby dziecko zaczęło płakać, aby nikomu nie przeszkadzać. Jędrek zaczyna przygotowywać mleko dla małej, kiedy pani kelnerka wręcza mu rachunek. Słyszę męża, który mówi: „Nie prosiłem jeszcze o rachunek” i kelnerkę, która pokrętnie tłumaczy, że koleżanka jej powiedziała, że prosił. Dziwne. I znowu czuję się tu niemile widziana, że już czas iść, a właściwie to po co wychodziłam z domu. Przecież matka powinna siedzieć w czterech ścianach lub ewentualnie spotykać się z innymi matkami. „Normalne” życie już nie dla niej. Po nakarmieniu dziecka wychodzimy. Przez cały czas naszego pobytu w kawiarni nie przyszedł nikt z dzieckiem.
Godzina 17:00 dnia następnego. Podczas spaceru czujemy narastający głód, a i przewiało nas już też nieźle. Postanawiamy wkroczyć do pizzerii. Tak, tak, wiem, że to niezdrowe jedzenie, ale uważam, że taka pizza z pieca opalanego drewnem jest naprawdę mniam mniam i nikomu nie zaszkodzi gdy czasem ją przekąsi. Generalnie miłe miejsce, klimat nadmorski i wielkie akwarium z rybami. Jest też menu dla dzieci z niespodzianką. Ignacy zamawia pizzę piracką i jest zadowolony. Szkoda tylko, że wózek musieliśmy wnosić po schodach… Oczywiście jesteśmy jedyni z dziećmi w lokalu. Normalka, trzeba się chyba przyzwyczaić. Przed posiłkiem Ignacy ma potrzebę umycia rąk (dobry nawyk), ruszamy więc do toalety. Zamknięta. Rozglądam się zdziwiona i słyszę głos kelnera: „Już pani otwieram!”, po czym słyszę (to po prostu niewiarygodne!) bzyczek i drzwi do wc się otwierają! Super! Czyli zawsze jak będę chciała skorzystać z toalety będę musiała poprosić obsługę o otwarcie drzwi? Wtedy oni łaskawie „bzykną” zza lady i wszyscy obecni w lokalu będą widzieć dokąd zmierzam. Jak to dobrze, że nie mam biegunki! Ale co tam, jest nas czworo więc trochę się naotwierają.
Przynajmniej sami poprosiliśmy o rachunek. Trochę normalności nam się należy.
Dorota / mamotato

Komentarze
Prześlij komentarz