Przejdź do głównej zawartości

Wojaże z nadbagażem: Podróż PKP

Porwałam się na podróż PKP! Ba! Porwałam się na podróż PKP z dziećmi! Przestrzegam: Jeśli nie musicie – nie czyńcie tego! Nie podołałabym fizycznie i psychicznie gdyby nie pomoc mojej niezawodnej siostry ale i licznego grona przypadkowych miłych, zupełnie obcych ludzi. A było to tak:

Ponieważ na stronie PKP nie mogłam znaleźć informacji na temat podróżowania z dziećmi i głębokim wózkiem postanowiłam wybrać się specjalnie na dworzec, aby zapytać o szczegóły i kupić bilety. Otrzymałam wyraźną informację, że mogę spokojnie podróżować z głębokim wózkiem jeśli zakupię bilety w tzw. Przedziale dla matki z dzieckiem w specjalnym wagonie nr 12. Ucieszyłam się i zakupiłam bilet rodzinny dla naszej ekipy. Oprócz wózka, w którym przemieszcza się sześciomiesięczna Helena, przewoziliśmy również łóżeczko turystyczne, walizkę, plecak i kilka toreb. No trochę się tego uzbierało… Jakie było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że magiczny wagon nr 12 jest zwyczajnym wagonem. Wózek oczywiście trzeba było wnieść przez mega wąskie drzwi do malutkiego korytarza. Tu pomocny okazał się nieznajomy mężczyzna. Korytarz okazał się tak mały, że przy najmniejszym ruchu wózka przednie koła spadały z drugiej strony pociągu! To było straszne! Przy całym zamieszaniu trzeba było jeszcze wnieść bagaże no i zająć się niespełna pięciolatkiem, który widząc chyba powagę sytuacji postanowił być w danej chwili wyjątkowo posłuszny. Udało mi się jakimś cudem lekko wykręcić wózek i wjechać tyłem w wąski (wózek mieścił się na styk) korytarz prowadzący do przedziałów. Przedział, jak to przedział, zwyczajny, wózkiem wjechać się nie dało… Postanowiłam pogadać z kierownikiem pociągu… Wyjaśnił mi, że wózek ma być złożony, bo inaczej się nie zmieści. Na pytanie co mam zrobić z dzieckiem, które jest w wózku i nie potrafi siedzieć nie potrafił mi udzielić odpowiedzi. Tłumaczyłam, że kupiłam specjalnie bilet do przedziału dla matki z dzieckiem, że wspominałam o wózku i że miało nie być problemów. Kierownik pociągu odrzekł, że przedziały dla matek z dzieckiem są po to, aby nie wchodzili tam inni ludzie bez dzieci, a wózki muszą być złożone i tyle. Zrozumiałam, że przedziały dla matki z dzieckiem nie mają być żadnym ułatwieniem dla matek. One mają na celu odizolowanie matek dziećmi od całej zwyczajnej, bezdzietnej reszty pasażerów! Kierownik pociągu zaproponował nam jeszcze na odchodnym, że możemy się przesiąść do przedziału dla osób niepełnosprawnych w kolejnym wagonie, ale jeśli tylko zjawi się jakiś niepełnosprawny, to mamy zmykać na swoje miejsca. No łatwo powiedzieć „przesiądźcie się”… Jak spojrzałam na wózek, płaczącą Helenkę, mnóstwo bagaży większych i małych oraz Ignasia, który już zajął miejsce pod oknem i nie wiedział za bardzo co się dzieje, to nie potrafiłam sobie wyobrazić żadnych przenosin gdziekolwiek…

Sytuacja zrobiła się jeszcze bardziej dramatyczna kiedy u drzwi naszego przedziału pojawiła się pewna pani z kilkuletnim synem. Omiotła przedział wzrokiem i spytała: „A dla nas tu już nie ma miejsca?”. W tej właśnie chwili usiłowałam zdemontować gondolę z głębokiego wózka, Helenka płakała, a Ignacy zadawał kolejne niecierpiące zwłoki pytanie. Opowiedziałyśmy z moja siostrą naszą historię i pani postanowiła, że to ona z synem przejdzie do przedziału dla niepełnosprawnych. Tak było organizacyjne dużo łatwiej.

No to jedziemy! Nerwowo przeliczyłyśmy miejsca w przedziale. Już nikt się nie powinien dosiąść. I tak w atmosferze dziecięcego płaczu, karmienia, mówienia: „Jeszcze jesteśmy bliżej domu cioci”, „Już jesteśmy bliżej naszego domu”, „tak, chyba jesteśmy daleko od IKEA…”, popijając mega lurowatą kawę za 8 złotych z baru pociągowego dojechaliśmy do stacji Poznań Główny. Tu nas czekała niezła zabawa ponieważ miałyśmy ok. 20 minut na przesiadkę do pociągu, który zawiezie nas do Rokietnicy. Wysiadłyśmy na peronie 4. Pociąg do Rokietnicy ma odjazd z peronu 5. Jak się tam dostać? Zagadnęłam panów w pomarańczowych kamizelkach, którzy byli pracownikami dworca. Usłyszałam: „Winda? Nie, nie ma! Tu tylko schody! Winda jest tylko z peronu 1”. Odpowiedziałam: „Acha… To może panowie pomogą?”. Nie byli zbyt chętni. Wydelegowali wzrokiem najmłodszego, który pomógł mi znieść wózek, ale natychmiast po zniesieniu panowie jakby rozpłynęli się w powietrzu, pewnie w obawie, że poproszę ich również o wniesienie mego potomstwa w gondoli. Zostawiłam więc wózek u podnóża schodów i cały czas na niego patrząc wnosiłam wraz z siostra bagaże na górę. Po chwili wózkiem zainteresowała się pewna dziewczyna. Myślała, że pewnie ktoś porzucił… Powiedziałam, że to moje, że nie ma windy więc… Dziewczyna zaproponowała pomoc, ale aż ugięła się pod ciężarem wózka. Doskoczył jakiś młody chłopak i wspólnym siłami Helenka znalazła się na peronie nr 5.
Pociąg już stał i czekał na pasażerów. Oczywiście taki stary ze schodami do wagonów i rozsuwanymi drzwiami… Uff! Gdy konduktor nas zobaczył to szybko się schował, żeby boże broń nie musieć pomagać… ale co to dla nas te cztery schodki po całej przeprawie z Gdańska. Wtachałyśmy wózek do pociągu, wsadziłyśmy Ignasia i wszystkie bagaże. Nie było tak źle! Postanowiłyśmy, że ja stoję z wózkiem w korytarzu, a moja siostra wraz z Ignacym i częścią bagażu siadają w wagonie. Spoko to zaledwie 17 minut jazdy więc da się wytrzymać. Gdy chcieliśmy wysiąść, okazało się, że drzwi otwierają się tylko w połowie. Nie było szans, aby wózek przecisnął się przez wpółotwarte drzwi. I znowu pojawiło się pytanie konduktora: „A nie może pani złożyć?”. „A może mi pan powiedzieć co mam zrobić dzieckiem gdy będę składała wózek i gdy już go złożę i będę musiała przenieść?” – zapytałam. Nie potrafił odpowiedzieć. Zaczął natomiast nerwowo szarpać za drzwi. Po chwili powiedział: „No co zrobię? Nic nie mogę zrobić!”. Zaproponował żebyśmy przeszły przez cały wagon i wyszły innymi drzwiami. Pomysł całkiem niezły, zwłaszcza, że sytuacja robiła się coraz bardziej napięta. Pomocni nieznajomi wynieśli nam część bagaży z pociągu, a jedna z kobiet wyprowadziła nawet Ignasia, który już coraz bardziej zdenerwowany stał z nią od dłuższego czasu na peronie i nie wiedział co się dzieje. Chciałam jak najszybciej wyjść z tego pociągu! Ruszyłam wózkiem, aby przejechać do kolejnych drzwi… i co??? Oczywiście wózek nie zmieścił się do wagonu! To było już ponad moje siły… Jedyne co mi przyszło do głowy to ściągnięcie tylnich (tych szerszych) kół z wózka i przejechanie na przednich.

W ten oto sposób wyszłyśmy w końcu z pociągu! I tak oto skończyła się (nareszcie!) ta trudna, nerwowa, ale jakże obfitująca w nowe doświadczenia podróż. Jak to mówią: „co nas nie zabije to nas wzmocni!”

Dorota / mamotato

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Mydło Wikingów

Ignacy Godlewski (lat prawie 9) dorasta. Stało się to nagle i niespodziewanie. Zaczęło się chyba od tego, że postanowił nam zrobić herbatę i na pytanie zestresowanego ojca: „Nie poparzysz się?” Odpowiedział coś w stylu: „Nie! No weź!” (Pytanie oczywiście było durne, bo nie znam osoby, która na takowe odpowiedziałaby: „Tak, pewnie się poparzę, ale najwyżej w stopniu lekkim”). W każdym razie Ignacy jak obiecał, tak faktycznie się nie poparzył i robi nam te herbaty teraz cyklicznie. Czasem dochodzi do tego jakieś zorganizowanie śniadania a ostatnio zaczął być specjalistą od rozpalania grilla. Zrobił się przy tym jakiś taki dumny i męski. Generalnie nie ma dla niego rzeczy niemożliwych i nawet czasem gdy jego tata się poddaje i mówi, że czegoś się nie da zrobić, to Ignaś mówi: „Pokaż mi to!” i okazuje się, że jednak się da! Dziś natomiast Ignacy zaskoczył nas wszystkich ponieważ postanowił zrobić mydło. I nie jakieś tam byle jakie, tylko mydło z kasztanów! Od jakiegoś czasu ten pomysł ...

Łuk

  🏹  Ignacy uwielbia strzelać z łuku i nieźle mu to wychodzi. Gdy nie ma akurat łuku pod ręką, a chciałby mieć, to go sobie robi.  💪   Gdy jesteśmy na wyjeździe - a często bywamy - a nie ma akurat sznurka, to go sobie szuka w mijanych sklepikach. Gdy znajdzie - to wiadomo - konstruuje łuk, a potem prawie każda strzała trafia do celu.  🎯 Ot, takie ma celne oko.  ☺️ 🌲  Poszliśmy ostatnio do lasu. Ignaś wziął tym razem ze sobą swój kupny łuk z długą strzałą, zakończoną taką specjalną przyssawką. Nagle wpadł na świetny pomysł, by strzelić w koronę drzew. Strzała poszybowała w górę, chwilę balansowała na napotkanej gałęzi („Mamo, tato, co teraz!?”), ale jednak spadła. Ufff!  😅 🏹  Ale ponieważ nasz dziesięcioletni syn ma czasem krótką pamięć i nie lubi uczyć się na błędach, po 10 minutach strzała odbyła swoją najdłuższą jak dotąd podróż ku niebu i zatrzymała się hen, hen wysoko, tak że ledwo ją było widać.  👀 Tato! Widzisz tę strzałę? -...

Sen kreatywnie

Utarło się przekonanie, że rodzice małych dzieci nie sypiają w nocy. Muszę obalić tę teorię. Rodzice sypiają, ale po prostu bardziej kreatywnie i w bardziej urozmaicony sposób. Niech potwierdzeniem mojej tezy będzie opis dzisiejszej rodzicielskiej nocy. Zasnęliśmy jakoś chwilę po północy. Około drugiej obudziła mnie pochylająca się nade mną rozczochrana blond czupryna, szepcząca: "Mamusiu! Mogę się przytulić?" W tym momencie zdałam sobie sprawę, że się nie wyśpię, ale oczywiście wpuściłam Ignasia do łóżka. Oplótł mnie zaraz tymi swoimi chudymi ramionami, powiedział cichutko: "Zobacz jak my teraz jesteśmy fajnie splątani Mamusiu". I zasnął. Ja oczywiście nie, bo jakoś tchu nie mogłam złapać, ale też bałam się poruszyć żeby go nie zbudzić. Około 2:30 zaczęła się uaktywniać Helena. Słychać było wyraźne kopnięcia w łóżeczko i jakieś pojękiwania. Ignacy się obudził więc zaproponowałam mu, że może położy się w swoim pokoju, a ja położę się tam z nim, bo inaczej siostra ...