Przejdź do głównej zawartości

Lodziarz - strach się bać

Lodziarz. O tym jak bardzo jest przerażający dowiedziliśmy się, widząc strach w oczach Helenki, gdy tylko wjeżdżał tym swoim lodowym vanem w naszą uliczkę z tą swoją - o zgrozo! - mrożącą krew w żyłach muzyczką "la la li li la la la". Muzyczka ta potrafiła obudzić naszą 2,5-latkę z dziennej drzemki. Helenka uciekała wtedy z łóżeczka i pod drzwiami krzyczała "mamo! tato!", a gdy tylko otwieraliśmy drzwi rzucała się nam w ramiona albo z płaczem uciekała gdzie pieprz rośnie. Wystarczyło "la la li li la la la" o jakiejkolwiek porze dnia, a Helenka stawała w miejscu z przerażeniem w oczach.
- Lodziarz... - mówiła szeptem, jakby to była jakaś upiorna postać z horroru.
Strach przed lodziarzem zaczął pojawiać się także bez muzyczki. Nie chciła wejść sama z dworu do pokoju, bo "lodziarz", a czasem na odwrót, bo "LODZIARZ"!
Na nic się zdały tłumaczenia. Helenka była prawdopodobnie jedynym dzieckiem w okolicy, które odczuwało lęk do człowieka, który jest tak straszny, że sprzedaje lody.

Kilka dni temu Helenka bawiła się z mamą Dorotą i zbudowała zamek z piasku. W pewnym momencie powiedziała, żeby mama zapukała do zamku i obudziła królową.
- Pukaj, pukaj! - poprosiła.
- Nie będę pukać, bo się boję obudzić królową - powiedziała mama.
- Jak to się boisz? Nie bój się pukać! - tłumaczyła Helneka powoli. - My nie mamy lewa, my nie mamy lodziarza. My niczego nie mamy. Nie bój się...
Bezpieczny zamek bez lodziarza. Ważne, że królowa może spać spokojnie.

Jak nietrudno zauważyć Helenka boi się nie tylko lodziarza, ale także "lewa", czyli lwa. Powiedzmy, że w tym przypadku jest to strach uzasadniony. Jest to strach pojawiający się rzadziej, pewnie dlatego, że Lew nie ma muzyczki przewodniej i nie jest  tak często spotykany w naszej okolicy jak lodziarz.

Wracając do lodziarza, już jakiś czas temu postanowiliśmy podejść do tematu terapeutycznie, przydybać wreszcie auto z lodami i kupić Helence lody. W praktyce okazało się to wcale nie takie łatwe. Lodziarza, podobnie jak lwa, trudno jest złapać.
Dziś nastąpił przełom. "Odważny" Ignacy - wszak to starszy o 4,5 roku brat - wraz z Helenką, która przy nim prawie niczego się nie boi, stanęli przy oknie i wypatrywali lodziarza. Nagle jak zwykle przemknął za oknem. "La la li li la la la". Zaalarmowani krzykiem Ignacego całą rodziną wybieglismy w pogoń za lodo-wozem. Dopadliśmy "potwora" na końcu ulicy. Zatrzymał się. Możliwe, że widząc pędzącą za nim rodzinę, bał się nas bardziej, niż nasza córka jego.
Wreszcie nastąpiła ta chwila!   
- Kupiłam sobie lody! - powiedziała uśmiechnięta i dumna z siebie Helenka.
Gdy powoli wracaliśmy do domu krzyknęła jeszcze:
- Hejo lodziarzu! Pa pa!
A potem, gdy jeszcze kilka razy słyszała cichnące "la la li li la la la", ciągnące się za przejeżdżającym innymi ulicami lodziarzem, uśmiechała się i radośnie wykrzykiwała:
- O! Lodziarz! O! Lodziarz!

Uff! Nasza forma terapii zadziałała! Idąc dalej tym tropem musimy ją przy kolejnej wizycie w zoo podrzucić chyba do klatki z lwami ;)

Jędrzej / mamotato

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Mydło Wikingów

Ignacy Godlewski (lat prawie 9) dorasta. Stało się to nagle i niespodziewanie. Zaczęło się chyba od tego, że postanowił nam zrobić herbatę i na pytanie zestresowanego ojca: „Nie poparzysz się?” Odpowiedział coś w stylu: „Nie! No weź!” (Pytanie oczywiście było durne, bo nie znam osoby, która na takowe odpowiedziałaby: „Tak, pewnie się poparzę, ale najwyżej w stopniu lekkim”). W każdym razie Ignacy jak obiecał, tak faktycznie się nie poparzył i robi nam te herbaty teraz cyklicznie. Czasem dochodzi do tego jakieś zorganizowanie śniadania a ostatnio zaczął być specjalistą od rozpalania grilla. Zrobił się przy tym jakiś taki dumny i męski. Generalnie nie ma dla niego rzeczy niemożliwych i nawet czasem gdy jego tata się poddaje i mówi, że czegoś się nie da zrobić, to Ignaś mówi: „Pokaż mi to!” i okazuje się, że jednak się da! Dziś natomiast Ignacy zaskoczył nas wszystkich ponieważ postanowił zrobić mydło. I nie jakieś tam byle jakie, tylko mydło z kasztanów! Od jakiegoś czasu ten pomysł ...

Łuk

  🏹  Ignacy uwielbia strzelać z łuku i nieźle mu to wychodzi. Gdy nie ma akurat łuku pod ręką, a chciałby mieć, to go sobie robi.  💪   Gdy jesteśmy na wyjeździe - a często bywamy - a nie ma akurat sznurka, to go sobie szuka w mijanych sklepikach. Gdy znajdzie - to wiadomo - konstruuje łuk, a potem prawie każda strzała trafia do celu.  🎯 Ot, takie ma celne oko.  ☺️ 🌲  Poszliśmy ostatnio do lasu. Ignaś wziął tym razem ze sobą swój kupny łuk z długą strzałą, zakończoną taką specjalną przyssawką. Nagle wpadł na świetny pomysł, by strzelić w koronę drzew. Strzała poszybowała w górę, chwilę balansowała na napotkanej gałęzi („Mamo, tato, co teraz!?”), ale jednak spadła. Ufff!  😅 🏹  Ale ponieważ nasz dziesięcioletni syn ma czasem krótką pamięć i nie lubi uczyć się na błędach, po 10 minutach strzała odbyła swoją najdłuższą jak dotąd podróż ku niebu i zatrzymała się hen, hen wysoko, tak że ledwo ją było widać.  👀 Tato! Widzisz tę strzałę? -...

Sen kreatywnie

Utarło się przekonanie, że rodzice małych dzieci nie sypiają w nocy. Muszę obalić tę teorię. Rodzice sypiają, ale po prostu bardziej kreatywnie i w bardziej urozmaicony sposób. Niech potwierdzeniem mojej tezy będzie opis dzisiejszej rodzicielskiej nocy. Zasnęliśmy jakoś chwilę po północy. Około drugiej obudziła mnie pochylająca się nade mną rozczochrana blond czupryna, szepcząca: "Mamusiu! Mogę się przytulić?" W tym momencie zdałam sobie sprawę, że się nie wyśpię, ale oczywiście wpuściłam Ignasia do łóżka. Oplótł mnie zaraz tymi swoimi chudymi ramionami, powiedział cichutko: "Zobacz jak my teraz jesteśmy fajnie splątani Mamusiu". I zasnął. Ja oczywiście nie, bo jakoś tchu nie mogłam złapać, ale też bałam się poruszyć żeby go nie zbudzić. Około 2:30 zaczęła się uaktywniać Helena. Słychać było wyraźne kopnięcia w łóżeczko i jakieś pojękiwania. Ignacy się obudził więc zaproponowałam mu, że może położy się w swoim pokoju, a ja położę się tam z nim, bo inaczej siostra ...