Przejdź do głównej zawartości

Spacery z dziećmi - level hard

Wiosna… Przyroda budzi się do życia. Kwitną kwiaty, drzewa puszczają pąki… no i to cudowne wiosenne powietrze... ach! Cieplejsze dni i piękna pogoda zachęcają oczywiście do spacerów. Uwielbiam. Właściwie to kochamy spacery rodzinnie. Jednakże spacery w naszej rodzinie bardzo ewoluowały przez ostatnie lata. Pamiętam jeszcze, właściwie już jak przez mgłę, czasy, kiedy z moim nowopoślubionym mężem pokonywaliśmy długie dystanse w górach, nad morzem, czy w parkach. Zawsze plecaki, termos i koc piknikowy i znikaliśmy na całe dnie. Tematy do rozmów nigdy się nie kończyły.

Z małym Ignasiem spacery zamieniały się najczęściej w pirackie poszukiwanie skarbu. Mieliśmy mapy naszkicowane przez nas, bądź naszego syna, do tego oczywiście plecaki, termos i koc oraz jakieś małe co nieco na ulubiony piknik dla Ignasia. Najchętniej zabieraliśmy złote, czekoladowe monety, które podrzucaliśmy gdzieś w parku czy w lesie, żeby Ignac miał radość z odnalezionego skarbu.

Obecnie - spacery z Heleną to po prostu wyższy poziom abstrakcji. Człowiek musi się orientować i reagować bardzo szybko i kreatywnie na spotykane podczas takiego spaceru sytuacje. Nigdy, ale to nigdy nie wiemy co się przydarzy i jak nasza córka na to zareaguje. Na pierwszy rzut oka wszytko wygląda normalnie. Idziemy, śmiejemy się, rozmawiamy i wszystko jest ok. Nagle Helena zaczyna przeraźliwie płakać. Zatrzymujemy się, pytamy co się stało. Oczywiście nie otrzymujemy od razu żadnej odpowiedzi, a ryk naszej córki wzbiera na sile. Dopiero po dłuższej chwili, kiedy jesteśmy już obserwowani przez wszystkich ludzi w najbliższej okolicy, kiedy mam wrażenie, że opieka społeczna czai się za rogiem uważnie notując nasze poczynania, Helena wzdycha i łkając przyznaje, że płacze, ponieważ zgubiła swój cień! No przecież był cały czas obok niej, a teraz go nagle nie ma! Angażujemy się więc aktywnie w poszukiwanie cienia naszej córki. Odnalazł się w świetle przydrożnej lampy… uff.

A kiedy na przykład bardzo się gdzieś spieszymy to okazuje się, że nasze sprawy na pewno nie są aż tak ważne, żeby nie zatrzymać się KONIECZNIE TERAZ i nie poobserwować przechodzącego żuczka, sieci pajęczej albo mrówek. Gdy zerkam nerwowo na zegarek i przyspieszam kroku, to Helka zatrzymuje się z okrzykiem:
- Mamo! Spójrz jaka słodka dżdżowniczka!
I stoimy i podziwiamy. Ostatnio spotkaliśmy kota. No kot jak kot. Postałyśmy chwilkę i popatrzyłyśmy sobie jak to kociak patrzy na nas, przeciąga się, liże łapkę i leży. Po czym ja postanowiłam ruszyć dalej. Usłyszałam żałosny szloch mojej córki. Nie miałam pojęcia co się stało. W głowie kłębiło mi się wiele pomysłów: coś ją zabolało, coś ją ugryzło, bardzo zapragnęła mieć kota i takie tam… Spytałam co się stało? Dlaczego płaczesz córeczko? Usłyszałam odpowiedź pełną wyrzutu:
- Bo ty się nie pożegnałaś z kotkiem!
Innym razem zaskakuje mnie pytanie Helki:
- Mamo będziesz dzikiem?
A jakże! Już po chwili gonię ją z okrzykiem na ustach „Dzik jest dziki, dzik jest zły!”, dziko pochrząkując. Świetna zabawa... Polecam...
Kiedy dzik już jest zmęczony, a prawie 40-letni dzik męczy się dość szybko, wtedy moja córka mówi:
- Już nie musisz być dzikiem! - co nie znaczy, że przestajemy się bawić. Co to, to nie! To zabawa ewoluuje! Helka krzyczy: 
- Teraz jesteś Smokiem Obibokiem mamo!
A ja? Wiadomix - ryczę niczym smok i mówiąc „Jestem Smokiem Obibokiem! Idę bardzo szybkim krokiem!” i zapierdzielam za uciekającą Helenką... uff... nie ma lekko...

I jeśli kiedyś usłyszysz, że byliśmy na spacerze to nie wizualizuj sobie tego jako trzymania się za rączki, wąchania kwiatów i beztroskiego przemierzania drogi. Jak usłyszysz, że spacerowaliśmy z dziećmi to właściwie nigdy nie możesz być pewien co robiliśmy. Być może lecieliśmy rakietą w kosmos i mielismy do zrealizowania jakąs misję niczym „Mali Einsteini”, organizowaliśmy wyścigi dżdżownic, gasiliśmy wyimaginowane pożary, niczym dzielny Strażak Sam, szukaliśmy naszych cieni, rozmawialiśmy z napotkanymi zwierzętami, szukaliśmy skarbu, chowaliśmy się gdzie popadnie, tańczyliśmy… nigdy nie wiesz. Oj tak…osiągnęliśmy chyba kolejny spacerowy level.

Dorota / mamotato



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Mydło Wikingów

Ignacy Godlewski (lat prawie 9) dorasta. Stało się to nagle i niespodziewanie. Zaczęło się chyba od tego, że postanowił nam zrobić herbatę i na pytanie zestresowanego ojca: „Nie poparzysz się?” Odpowiedział coś w stylu: „Nie! No weź!” (Pytanie oczywiście było durne, bo nie znam osoby, która na takowe odpowiedziałaby: „Tak, pewnie się poparzę, ale najwyżej w stopniu lekkim”). W każdym razie Ignacy jak obiecał, tak faktycznie się nie poparzył i robi nam te herbaty teraz cyklicznie. Czasem dochodzi do tego jakieś zorganizowanie śniadania a ostatnio zaczął być specjalistą od rozpalania grilla. Zrobił się przy tym jakiś taki dumny i męski. Generalnie nie ma dla niego rzeczy niemożliwych i nawet czasem gdy jego tata się poddaje i mówi, że czegoś się nie da zrobić, to Ignaś mówi: „Pokaż mi to!” i okazuje się, że jednak się da! Dziś natomiast Ignacy zaskoczył nas wszystkich ponieważ postanowił zrobić mydło. I nie jakieś tam byle jakie, tylko mydło z kasztanów! Od jakiegoś czasu ten pomysł ...

Łuk

  🏹  Ignacy uwielbia strzelać z łuku i nieźle mu to wychodzi. Gdy nie ma akurat łuku pod ręką, a chciałby mieć, to go sobie robi.  💪   Gdy jesteśmy na wyjeździe - a często bywamy - a nie ma akurat sznurka, to go sobie szuka w mijanych sklepikach. Gdy znajdzie - to wiadomo - konstruuje łuk, a potem prawie każda strzała trafia do celu.  🎯 Ot, takie ma celne oko.  ☺️ 🌲  Poszliśmy ostatnio do lasu. Ignaś wziął tym razem ze sobą swój kupny łuk z długą strzałą, zakończoną taką specjalną przyssawką. Nagle wpadł na świetny pomysł, by strzelić w koronę drzew. Strzała poszybowała w górę, chwilę balansowała na napotkanej gałęzi („Mamo, tato, co teraz!?”), ale jednak spadła. Ufff!  😅 🏹  Ale ponieważ nasz dziesięcioletni syn ma czasem krótką pamięć i nie lubi uczyć się na błędach, po 10 minutach strzała odbyła swoją najdłuższą jak dotąd podróż ku niebu i zatrzymała się hen, hen wysoko, tak że ledwo ją było widać.  👀 Tato! Widzisz tę strzałę? -...

Sen kreatywnie

Utarło się przekonanie, że rodzice małych dzieci nie sypiają w nocy. Muszę obalić tę teorię. Rodzice sypiają, ale po prostu bardziej kreatywnie i w bardziej urozmaicony sposób. Niech potwierdzeniem mojej tezy będzie opis dzisiejszej rodzicielskiej nocy. Zasnęliśmy jakoś chwilę po północy. Około drugiej obudziła mnie pochylająca się nade mną rozczochrana blond czupryna, szepcząca: "Mamusiu! Mogę się przytulić?" W tym momencie zdałam sobie sprawę, że się nie wyśpię, ale oczywiście wpuściłam Ignasia do łóżka. Oplótł mnie zaraz tymi swoimi chudymi ramionami, powiedział cichutko: "Zobacz jak my teraz jesteśmy fajnie splątani Mamusiu". I zasnął. Ja oczywiście nie, bo jakoś tchu nie mogłam złapać, ale też bałam się poruszyć żeby go nie zbudzić. Około 2:30 zaczęła się uaktywniać Helena. Słychać było wyraźne kopnięcia w łóżeczko i jakieś pojękiwania. Ignacy się obudził więc zaproponowałam mu, że może położy się w swoim pokoju, a ja położę się tam z nim, bo inaczej siostra ...