- Mamy w domu mysz! - krzyknął z kuchni zaaferowany małżonek.
Ja, siedząca właśnie w ogrodzie, zastygłym w pół ruchu z kubkiem kawy przy ustach.
- I co teraz? - zapytałam po chwili.
- Złapię ją! - odkrzyknął bohatersko.
- Uhm...- tyle byłam w stanie wykrztusić, bo właśnie przybiegła mega podjarana Helka.
Biegła na palcach i nagle przemówiła dzikim szeptem:
- Szsz! Ciii! My udajemy z tatą, że nas nie ma, żeby myszy myślały, że nas nie ma! - po czym zachichotała i pognała do myszy.
- Od razu wiadomo, że czytacie Helenie „Kubusia Puchatka” - zauważył Ignacy, odrywając się od lektury i spokojnie skierował swoje kroki do domu.
Ja nie miałam zamiaru ruszać się z leżaka, bo tak pięknie świeciło słońce, ale zaintrygowały mnie hałasy dobiegające z pokoju oraz okrzyki podekscytowanej Heleny:
- Squik! Squik! Ja z nią pogadam i ją wywabię tato! Squik! Squik!
Ruszyłam więc do domu na spotkanie z myszą. Zastałam tam mojego męża z dzikim spojrzeniem i jakimś kijem w ręce. Grzebał tym drągiem za witryną oraz dziko ją oklepywał. Helena, widząc mnie, zapytała:
- Mamo, a co lubią jeść myszy?
- A kto o to pyta? - zastanowiłam się - Ty, mysz czy tata?
- Żółty ser! Przecież żółty ser! - krzyknęła w tym momencie Helka i klasnęła w ręce. - Czy my mamy żółty ser? - dodała.
- Czy wy zamierzacie karmić tę mysz? - zapytałam ją, nie bez cienia ironii. Mój małżonek nie raczył mi odpowiedzieć, bo właśnie z jakimś wielkim pudłem podchodził do witryny. Widać było w jego dzikim spojrzeniu, że ma plan.
- Co masz zamiar zrobić? - zapytałam.
- Ta mysz siedzi za witryną! Widziałem jak tam wbiegała, a nie ma tam żadnej dziury do której mogłaby uciec. Przegonię ją więc i złapię do pudła! - wyjaśnił mi szybko.
- Aha - odrzekłam tylko, bo ten plan wydawał mi się dziwnie mało realny.
- A załóżmy, że uda ci się złapać tę mysz do tego pudła to co potem? - zagadnęłam z prawdziwym zainteresowaniem.
- Nooo... - zastanowił się wtedy Jędrek - no wyniosę ją gdzieś.
- No ale gdzie? - zapytałam, a moja wyobraźnia podsunęła mi właśnie obraz myszy skaczącej w wielkim pudle i mojego męża, który próbuje lawirować z tym kartonem krokiem krakowiaka, bo inaczej nie da się przejść wśród sprzętów i przedmiotów w naszym domu i pędzącego z tym pudłem przez uliczki, żeby gdzieś tam wypuścić mysz.
Jego chyba też naszły wątpliwości bo zapytał:
- Myślisz, że ona wróci? .... No, przecież jej nie zatłukę! Nigdy nie zatłukę gryzonia! - dodał zdecydowanym głosem po czym rzucił bohatersko - Złapiemy ją! - i zaczął przesuwać witrynę.
W tym czasie Helena dowiedziała się, że myszy lubią kiełbaskę więc przytargała kawałek podsuszanej wędliny dla gryzonia i minę miała przeszczęśliwą.
Witryna oczywiście ani drgnęła, więc Jędrek w prawdziwym łowczym szale zaczął wyciągać z niej przeróżne kosze, książki i pudełka a nawet ukrytą tam maszynę do szycia. Wszystko to rozstawial na podłodze, stole, krzesłach i gdzie popadło.
- O! Widzę, że robimy większy syf niż ta mysz! - zauważył nie bez słuszności Ignacy.
Ojciec zgasił go szybkim:
- Odsuń się i przesuń to! - i już przesuwał ciężką witrynę.
Wszyscy czekaliśmy na to, że mysz wybiegnie stamtąd błyskawicznie. Ja to już nawet widziałam w swojej głowie jak ten mały gryzoń lawiruje, niczym w labiryncie, pomiędzy tymi rzeczami, które żeśmy położyli na podłodze, już niemalże czułam dotyk mysiego futerka na stopach... brr! Nic takiego jednak nie nastąpiło. Mysz zniknęła.
- Gdzie jest ta myszka? - chciała wiedzieć Helena.
- Pewnie weszła do witryny od tyłu! - powiedział tata Jędrzej i zaczął przetrząsać w pośpiechu wszystkie półki przyświecając sobie latarką, którą mu na wyraźne polecenie posłusznie przyniosłam.
Okazało się, że w środku witryny myszy również nie ma. Znaczyło to, że po prostu zignorowała bezczelnie kiełbaskę, czteroosobowy powitalny komitet mieszkaniowy oraz pudło i czmychnęła w zadziwiający sposób nie wiadomo gdzie.
W sumie to okazało się, że tę mysz widział tylko i wyłącznie mój małżonek!?
- Ej, a jakiego koloru była ta mysz? - zapytałam z troską.
- Taka szaro - czarna - odparł.
- Uff! - odetchnęłam z ulgą - dobrze, że nie biała!
- Idziemy do ogrodu! - powiedział Ignacy i już po chwili ulotnili się wraz z Heleną.
- Uhm! Posprzątam tu! - rzucił mąż ogarniając wzrokiem chaos w pokoju.
Ogarnęliśmy więc bałagan i zostawiliśmy kawałek kiełbasy na podłodze, żeby sprawdzić kolejnego dnia czy mysz na pewno się wyniosła. Okazało się, że w domu już jej nie ma.
Spotkaliśmy ją kolejnego dnia w ogrodzie, więc jeśli będziemy zostawiać zawsze otwarte drzwi, jak to mamy w zwyczaju, to akcja „polowanie” na pewno się powtórzy. Plusem tej sytuacji jest to, że jeśli pewnego dnia ktoś nas odwiedzi i zobaczy bałagan to zgonimy na mysz.
Dorota / mamotato
Komentarze
Prześlij komentarz