Przejdź do głównej zawartości

Posty

Pobudka

To było kilka dni przed czwartymi urodzinami Helenki, przed północą.  My - dwoje podekscytowanych, 39-letnich rodziców - wyjęliśmy lalkę, którą kupiliśmy dla naszej córki. Karmiliśmy ją, mówiliśmy do niej, bawiliśmy się z nią w akuku... Dwie godziny minęły jak z bicza strzelił. To była zdecydowanie lalka dla nas. Wiedzieliśmy, że niebawem będziemy ją musieli oddać naszej czterolatce, ale najpierw przecież musieliśmy sprawdzić czy działa. I działała i to jak działała! Nawet przed drugą w nocy działała. Bycie rodzicem to naprawdę fajna zabawa. No z wyjątkiem tego, że... O 6:30 nasz ośmiolatek pojawił się w progu naszej sypialni i zapytał czy wstajemy. Powiedziałem, że oczywiście że nie (przecież dopiero co położyliśmy interaktywną lalkę spać), że jest za wcześnie i żeby się jeszcze położył. W efekcie poszedłem się położyć z nim. Liczyłem na to, że może jeszcze na chwilę zmrużę oczy. On leżał z otwartymi i patrzył na zegar. Punktualnie o 7:00, gdy właśnie zacząłem zasypiać, u...

Plany Noworoczne i nie tylko

I jak tam Wasze postanowienia i plany na Nowy Rok? Będziecie więcej podróżować, mniej rozmyślać o przeszłości, zdrowiej się odżywiać, więcej czytać, częściej ćwiczyć? Okazało się że nasza czteroletnia Helena również poczyniła pewne plany, w jej wypadku dalekosiężne. Ostatnio zwróciła się do mnie mówiąc: „Wiesz co? Jak ja już będę duża to będziemy się razem spotykać i będziemy razem golić sobie nogi i pić piwko!” „Hmm” - odpowiedziałam, bo trochę mnie zamurowało, a potem popędziłam z pytaniem uzupełniającym - „Czy najpierw będziemy golić nogi a potem wspólnie pić?” Bo kolejność ma znaczenie i po takim wspólnym piciu to już takie golenie nóg to może wyjść różnie... „Tak, najpierw ogolimy nogi” - potwierdziła Helena, więc uznałam że to całkiem spoko plan. I teraz wieczorem, kiedy właśnie ogoliłam swoje nogi (sama) a mój małżonek przygotował dla nas grzane piwko, które podobno ma nam pomóc pokonać męczące nas od ponad tygodnia przeziębienie, to muszę przyznać że to jest super począte...

Trzy rzeczy, których absolutnie nie powinno się jeść. Tylko trzy (wg Helenki)

Gdybyśmy spytali naszą prawie 4-letnią Helenkę o trzy rzeczy, których absolutnie nie powinno się jeść, prawie na pewno wymieniłaby: cebulę, pomidory i żółty ser. Poza tym pewnie uznałaby nasze pytanie za głupie. Gdybyście pojawili się w naszym domu, moglibyście zobaczyć naszą córkę, jak krąży i pyta: "Co mogę zjeść?" Czy je dużo? Niekoniecznie. Dużo pyta. I przede wszystkim Helenie WSZYSTKO, OD ZAWSZE KOJARZY SIĘ Z JEDZENIEM. Przykładowo, gdy rok temu jechaliśmy do Edynburga, w pewnym momencie powiedziałem: - O! Jedzie karetka! Nasza wówczas niespełna 3-letnia córka zareagowała błyskawicznie, oblizując wargi i mówiąc rozmarzonym głosem: - Mmm... Karetka jest dobra... - po chwili, jakby w zamyśleniu, dodała - truskawki są dobre... - przerwała, aby przełknąć ślinę, moment później kontynuując z rozmarzeniem - karetka z truskawkami jest bardzo dobra! Lubię to! - Chyba chodzi ci o galatetkę? - spytała rozbawiona mama Dorota. A ja pomyślałem sobie jaka ona musi być gło...

Już to teraz, czyli z głodem nie ma żartów

Nasz 8-letni Ignacy wprowadził swego czasu do naszego słownika kilka nowych słów, jak choćby "żartowny", czy też "mamotato". Oboje, on i nasza 3,5-letnia Helenka, wymyślili również swoją wersję placu zabaw. Ignacy bawi się od zawsze na "plac zabawie", a Helka na "placu zabie". Ostatnio Helena skonstruowała sobie taki oto logiczny zwrot "Już to teraz!". Gdy my mówimy "Już!" i nie robimy tego o co nas prosi, Helenka mówi "Już to teraz!". "Już to teraz!" na dobre zagościło w naszej rodzinie i zaliczamy go do tych "żartownych". Podobnie jak "żartowne" było kultowe już pytanie podczas ubiegłorocznych wakacji, wtedy jeszcze 2,5-letniej Helenki, zadawane ZAWSZE gdy wychodziliśmy z posiłku: - Co mogę zjeść? Bo jeść Helenka lubi. Ignacy - w przeciwieństwie do swoje siostry - nie. Pod tym względem nigdy nie był wymagający. Jadł od zawsze absolutne minimum, chociaż zachęcaliśmy. Zaspokaja...

Rodzinne oglądanie fotografii, czyli słów kilka o posiłkach

Siedzimy sobie na kanapie i oglądamy albumy ze zdjęciami. - O! jaki słodziak! Popatrz! – mówię, wskazując na fotografię małego Ignasia na tle morza. - Czy to ja? – pyta nasza, prawie 4-letnia, Helena. Faktycznie ostatnio Ignaś i Helka zrobili się jacyś bardziej podobni do siebie i czasami trudno ich rozróżnić na zdjęciach. - Nie, Helenko! To mały Ignaś – mówi tata Jędrek i, wskazując na kolejne zdjęcie, dodaje - O! Popatrzcie, a tu jesteśmy z Ignasiem na spacerze w lesie… - A ja gdzie wtedy byłam? – nie daje za wygraną Helena. - Ty byłaś wtedy w mojej głowie. Bo ja sobie już o tobie myślałam… - mówię ja. - Ty się jeszcze wtedy nie urodziłaś – dodaje rzeczowo Ignacy. - O nie! – krzyczy Helka – Jak to się jeszcze nie urodziłam! Jak to byłam w głowie? Wy byliście z Ignasiem w tylu miejscach, a ja tyko w głowie i w głowie! - Bo ty jesteś młodsza… - jeszcze próbuje załagodzić sytuację tata, a ja siedzę, przyglądam się tej scenie i przysłuchuję, bo wiem, że Helki załagodzić byle c...

4 razy TAK, czyli przynajmniej 4 powody, dlaczego warto wybrać się z dziećmi pod namiot

Tak, zrobiliśmy to! Wybraliśmy się z dzieciakami pod namiot. Tak, byliśmy pełni obaw (czy Helena nie jest jeszcze za mała, czy dzieciaki zasną w namiocie, czy nie zmarzną w nocy itp.) Tak, daliśmy radę i jesteśmy z tej wyprawy mega dumni. Tak, to był niezapomniany czas. Dlaczego akurat pod namiot? Są przynajmniej 4 powody: 1. Uwielbiamy kontakt z naturą i przebywanie na powietrzu. 2. Kochamy pikniki. 3. Lubimy wyzwania. 4. Tak jest latem dużo taniej. Dzieciaki już od samego początku wyprawy były tak podekscytowane faktem , że noc spędzą w namiocie, że chciały znaleźć się na polu namiotowym jak najszybciej. 3,5 letnia Helena już od razna co chwilę powtarzała: - O! Już chyba za chwile będzie noc. Trzeba iść spać. To była frajda. Położyć się w prawdziwym namiocie i otulić się ciepłym śpiworem. Przed zaśnięciem otworzyliśmy „drzwi” od namiotu i patrzyliśmy w gwiazdy! Ach! Serio! Romantico, że hej! Spędziliśmy pod namiotem trzy noce. Bardzo ciepłe noce. Przeżyliś...

Siłownia - czyli doskonały plan biznesowy

Przechodziliśmy właśnie z Ignacem obok siłowni, kiedy nagle moje dziecko się zatrzymało i zaczęło gapić na ćwiczących ludzi. W pierwszym odruchu to nawet powiedziałam, żeby się nie zatrzymywał tylko szedł dalej, ale później pomyślałam sobie, że te siłownie przecież po to właśnie mają te wielkie okna od frontu, żeby można było podziwiać wysiłek i muskulaturę uczęszczających tam osób, więc zatrzymałam się i ja. I tak sobie staliśmy w milczeniu. Ja to nawet kilkakrotnie kiwnęłam głową z uznaniem, patrząc jak niektórzy kolesie śmigali na bieżniach. A swoją drogą, to jak oni są tacy biegacze, to ciekawe czy jak im żona mówi wieczorem: „Weź przebiegnij się do sklepu, bo nam się jajka skończyły!” - to oni też tacy chętni? W każdym razie staliśmy sobie z pierworodnym pod siłownią i wreszcie syn przemówił: - Taką energię to się powinno jakoś spożytkować mamo! I bez zachęcania rozwijał temat dalej: - Bo wiesz, jak oni tak na przykład pedałują na tych rowerach z taką siłą i tak długo to ...

Grunt to mieć plan

Znacie piosenkę Moniki Brodki „Mam nowy plan”? U nas się ona ostatnio bardzo często przewija, ponieważ Helka uwielbia ją sobie podśpiewywać. Wiemy już od dawna, że nasz siedmioletni syn Ignacy planuje sobie różne rzeczy, ale ostatnio okazało się, że i nasza trzyletnia córka Helenka postanawia coś na przyszłość i to w kwestii planowania rodziny! Ni stąd ni zowąd zagadnęła mnie kilka dni temu: - A kiedy ja będę duża to będę też miała dzieciaki i będę z nimi latała samolotem! - Fajnie - powiedziałam i od razu z ciekawości zapytałam – a ty będziesz miała tylko dzieciaki czy też męża? - Męża też! – odpowiedziała szybko i pewnie Helenka. - Taaak? – drążyłam ja. - Tak! Twojego!!! – dodała z naciskiem moja córka. - Ale przecież to jest mój mąż i twój tata. On nie może zostać twoim mężem   – powiedziałam, bo co jak co, ale mężem dzielić się nie lubię. W tym momencie Helena chwyciła się dramatycznym gestem za głowę i krzyknęła z rozpaczą w głosie: - O nie! O nie! Dlaczego...

Spacery z dziećmi - level hard

Wiosna… Przyroda budzi się do życia. Kwitną kwiaty, drzewa puszczają pąki… no i to cudowne wiosenne powietrze... ach! Cieplejsze dni i piękna pogoda zachęcają oczywiście do spacerów. Uwielbiam. Właściwie to kochamy spacery rodzinnie. Jednakże spacery w naszej rodzinie bardzo ewoluowały przez ostatnie lata. Pamiętam jeszcze, właściwie już jak przez mgłę, czasy, kiedy z moim nowopoślubionym mężem pokonywaliśmy długie dystanse w górach, nad morzem, czy w parkach. Zawsze plecaki, termos i koc piknikowy i znikaliśmy na całe dnie. Tematy do rozmów nigdy się nie kończyły. Z małym Ignasiem spacery zamieniały się najczęściej w pirackie poszukiwanie skarbu. Mieliśmy mapy naszkicowane przez nas, bądź naszego syna, do tego oczywiście plecaki, termos i koc oraz jakieś małe co nieco na ulubiony piknik dla Ignasia. Najchętniej zabieraliśmy złote, czekoladowe monety, które podrzucaliśmy gdzieś w parku czy w lesie, żeby Ignac miał radość z odnalezionego skarbu. Obecnie - spacery z Heleną to po pros...

Dzieci kontra kawa i smog, czyli co nam szkodzi wytłumaczyć

Dzieci pytają nas o wszystko. Absolutnie o WSZYSTKO. Cały czas. My dorośli - odpowiadamy. Nawet jak nie wiemy to odpowiadamy, bo brak opowiedzi powoduje jeszcze więcej pytań. Najpierw był Wiecznie-Pytający-Nas-O-Wszystko-Ignacy: - Mamotato, czy w tym miejscu morze jest głębokie na pół mili? - Tato czy chciałbyś być łysy? - Mamo jak działa helikopter? Chyba umiałabym go skonstruować? Ostatnio do naszego siedmiolatka dołączyła Helenka. 1. KAWA Pamiętam dokładnie dzień, gdy wówczas dwuletnia Helenka, jadąc z nami samochodem krzyknęła nagle: - KA-WY! KAAA-WYYY! Wracaliśmy właśnie z wyjazdu, na którym jak zwykle mieliśmy trzy termosy: z gorącą wodą, z herbatą i z kawą. Tego dnia daliśmy jej trochę gorącej herbaty, która w jej głowie pozostała kawą. Na kolejnym wyjeździe podeszła do nas, gdy piliśmy z Dorotą kawę z termosu. - Mogę kawy? - zapytała i wyciągnęła rękę. - Nie - odpowiedzieliśmy. - Mogę kawy?! - nalegała. - Nie. Kawa jest tylko dla dorosłych - powiedziałem. - ...

Cuchnący temat

Pewnie znacie powiedzenie: "Kto ma pszczoły ten ma miód. Kto ma dzieci ten ma smród". No tak to jest w istocie… Nasza Helena jest teraz w takim wieku, że słowo „kupa” niesamowicie ją śmieszy. Potrafi na ten temat nawet śpiewać wymyślone przez siebie piosenki. Potrafi nas też „kupą” szantażować! Ta nasza trzyletnia gadzina zorientowała się bowiem, że nie jest to piękne słowo, które chcemy słyszeć co chwilę i w każdej sytuacji to wykorzystuje, mówiąc na przykład: - Jak mi tego nie dasz to będę mówić: Kupa! Kupa! Kupa! O! Już mówię! Kupaaa! Kuupaa!” Oczywiście tego typu szantaże nie robią na nas żadnego wrażenia. Denerwują natomiast naszego siedmioletniego Ignaca, u którego w zależności od nastroju słowo "kupa" powoduje nagły i niepohamowany rechot, bądź silne zdenerwowanie z wrzaskiem i słownym obrażaniem siostry. Oj cuchnący to temat… Czasem cuchnie tak wyraźnie, że padają słowne oskarżenia. Tata wyraźnie coś wącha i mówi: - Coś tu śmierdzi! Helena! Zrobi...

Wielkie poruszenie

U nas od wczoraj wielkie poruszenie. Ignacowi rusza się ząb! No wreszcie! Nasze dziecko czekało na to już prawie rok. Od tego czasu bowiem zaczęły w hurtowych ilościach wypadać zęby jego kolegom i koleżankom, a jemu, jak na złość, nie. Od kiedy skończył lat 7 (miesiąc temu) żartowaliśmy sobie nawet, że może on jako jedyny będzie już zawsze miał tylko mleczaki. A tu wczoraj taka niespodzianka! Do szkoły poszedł dumny. - Powiem moim kolegom, że rusza mi się ząb! – rzekł. No jakżeby inaczej… Ignacy ma też plany. - Schowam sobie na pamiątkę wszystkie zęby, które mi wypadną – obwieścił nam zdecydowanym głosem. - Ale wiesz, że jak nie oddasz zębów Wróżce Zębuszce to ona nie da ci żadnych pieniędzy? – zapytałam, oczami wyobraźni widząc już mleczaki mojego syna wypadające prosto na mnie z jakiegoś niedomkniętego pudełka w szafie. - To nic. Nie potrzebuję – odpowiedział zdecydowanie Ignaś, który widocznie uważa swoje zęby za coś becennego. Dziś w drodze do szkoły zaczął mi tłum...

Zwyczajny poranek mamy z dziećmi

Sobotni poranek. Zaczynamy jeść   z założenia spokojne śniadanie. - Mamo! A brat oblizał nóż! – kabluje 2,5-letnia Helenka. - Ignasiu nie oblizuj noża – mówię i cytuję z Jeżycjady: „Kto oblizuje nóż nie przemówi już!” - Helenko podaj mi dżem – prosi Ignaś. - Nie! Ja mam teraz dżem! – deklaruje Helka. Udaje mi się stłamsić kryzys w zarodku. Słoik z dżemem stoi przy Helenie, a Ignacy podchodzi tam ze swoim talerzem i kanapką, bo oczywiście nie może poczekać. Śniadanie trwa. Rozmawiamy. Właśnie próbuję ugryźć przygotowaną dla siebie kanapkę… - Chcę sok! – krzyczy Helena po szybkim opróżnieniu kubka. Próbuję ją wychowywać (a jakże!), mówiąc „Powiedz poproszę” i takie tam, ale widzę, że dziś nie ma to sensu, więc staram się chociaż ugryźć jeszcze z dwa gryzy kanapki i idę do kuchni po sok. - Jak zrobiłaś ten sok? – pyta Helena – Dodałaś zimną wodę, sok z czarnego bzu i ciepłą wodę? – dopytuje. - Tak – odpowiadam, w duchu doceniając jej spostrzegawczość. - Nie chcę ...

Lodziarz - strach się bać

Lodziarz. O tym jak bardzo jest przerażający dowiedziliśmy się, widząc strach w oczach Helenki, gdy tylko wjeżdżał tym swoim lodowym vanem w naszą uliczkę z tą swoją - o zgrozo! - mrożącą krew w żyłach muzyczką "la la li li la la la". Muzyczka ta potrafiła obudzić naszą 2,5-latkę z dziennej drzemki. Helenka uciekała wtedy z łóżeczka i pod drzwiami krzyczała "mamo! tato!", a gdy tylko otwieraliśmy drzwi rzucała się nam w ramiona albo z płaczem uciekała gdzie pieprz rośnie. Wystarczyło "la la li li la la la" o jakiejkolwiek porze dnia, a Helenka stawała w miejscu z przerażeniem w oczach. - Lodziarz... - mówiła szeptem, jakby to była jakaś upiorna postać z horroru. Strach przed lodziarzem zaczął pojawiać się także bez muzyczki. Nie chciła wejść sama z dworu do pokoju, bo "lodziarz", a czasem na odwrót, bo "LODZIARZ"! Na nic się zdały tłumaczenia. Helenka była prawdopodobnie jedynym dzieckiem w okolicy, które odczuwało lęk do człowie...

Helenka i miejska dżungla

Dzięki naszym dzieciom życie staje się ciekawsze. Oczywiście przy okazji nie mamy w ogóle czasu wolnego, prawie nie śpimy, nie mamy prywatności, nie możemy spokojnie porozmawiać, ale przynajmniej nie jest nudno, bo dzieci potrafią nas zaskoczyć. Kilka dni temu nasza córka Helenka (2,5 roku) siedziała z mamą Dorotą w pokoju. W pewnym momencie przejechał pociąg i wydał z siebie dziwny dźwięk, tak jakby trąbnięcie. Helenka zaczęła nasłuchiwać i cicho, powoli, z przejęciem spytała: - Co-to-by-ło? Kto-to-tak-zrobił-na-trąbie? - Pociąg - odpowiedziała zgodnie z prawdą mama. - Nieee... nie pociąg. Nie to nie był pociąg - kontynuowała Helenka konspiracyjnym tonem, tak jakby wiedziała coś, czego my nie wiemy. - A co było według Ciebie Helenko? - spytała mama. - Słonie. Ale nie mamy się czego obawiać, bo według naszej córki "słonie lubią mamę i Lenkę i piją sobie wodę". No nic. Trzeba to sprawdzić. Są dwie możliwości: albo niedaleko nas po torach kolejowych przejeżdżał bana...

Trzy rzeczy, które są niezbędne, kiedy poróżujesz z dziećmi samolotem

Wiadomo, że podróżowanie z dziećmi nie jest łatwe. Jednak potrafi też dostarczyć niesamowitych, niepowtarzalnych wrażeń. Są trzy rzeczy, o których nigdy nie możesz zapomnieć, kiedy wyruszasz w podróż z tymi małymi, nieobliczlnymi istotami. 1. OPANOWANIE Poczatek podróży. Nadajemy nasze bagaże na lotnisku Poznań-Ławica. Z pewnymi siebie minami kładziemy je na taśmie, ponieważ w domu przepakowywaliśmy się kilkakrotnie i z kilkadziesiąt razy ważyliśmy walizki, aby sprawdzić, czy nie przekraczają ustalonego maksimum. Dwie z nich już zostały zważone i spokojnie odjechały na czarnej taśmie w dal. Ostatnia walizka leży na wadze przy panu lotniskowym, który patrzy na nas dziwnie i po dłuższej chwili mówi: - Ale ten bagaż jest za ciężki. - Jak to? – mówię ja i oszalałym wzrokiem patrzę na pana lotniskowego. W głowie już mam obrazy tego, że muszę teraz przepakować rzeczy, a przecież nie mam gdzie, bo pozostałe walizki już odjechały. - Przecież je dokładnie ważyliśmy w domu! – dodaję ...

Czarno-biały kolorowy świat

Odkąd mamy dzieci nasze życie zdecydowanie nabiera barw. Dzięki magii Internetu nasz sześcioletni syn Ignacy może oglądać stare filmy, i nie chodzi tu o filmy z roku 2000, bo dla niego one też są stare, ale o takie z naszego dzieciństwa (lata 80' i 90') i starsze. Czujemy się bardzo staro, gdy pyta nas, czy jak my byliśmy mali to filmy były czarno-białe. On myśli, że ile my mamy lat? Że bawiliśmy się w piaskownicy razem z Jezusem? Gdy prababcia Ignasia, Irena, była mała to kinematografia raczkowała razem z nią. Choć to słabe, że musimy się z nią porównywać, by poczuć sie młodziej. Umysłowi sześcioletka urodzonego w 21 wieku, przyzwyczajonego do kolorowych klipów w Internecie, trudno ogarnąć ideę czarno-białej telewizji. Ostatnio usłyszeliśmy od niego pytanie: - Mamotato, czy kiedyś ludzie chodzili ubrani na czarno-biało? No jasne, po szarym deszczu wychodziła wtedy czarno-szaro-biała tęcza, a kobiety miały szminki w 50 odcieniach szarości. Może i my, rodzice, mamy z dz...

Sen kreatywnie

Utarło się przekonanie, że rodzice małych dzieci nie sypiają w nocy. Muszę obalić tę teorię. Rodzice sypiają, ale po prostu bardziej kreatywnie i w bardziej urozmaicony sposób. Niech potwierdzeniem mojej tezy będzie opis dzisiejszej rodzicielskiej nocy. Zasnęliśmy jakoś chwilę po północy. Około drugiej obudziła mnie pochylająca się nade mną rozczochrana blond czupryna, szepcząca: "Mamusiu! Mogę się przytulić?" W tym momencie zdałam sobie sprawę, że się nie wyśpię, ale oczywiście wpuściłam Ignasia do łóżka. Oplótł mnie zaraz tymi swoimi chudymi ramionami, powiedział cichutko: "Zobacz jak my teraz jesteśmy fajnie splątani Mamusiu". I zasnął. Ja oczywiście nie, bo jakoś tchu nie mogłam złapać, ale też bałam się poruszyć żeby go nie zbudzić. Około 2:30 zaczęła się uaktywniać Helena. Słychać było wyraźne kopnięcia w łóżeczko i jakieś pojękiwania. Ignacy się obudził więc zaproponowałam mu, że może położy się w swoim pokoju, a ja położę się tam z nim, bo inaczej siostra ...

Niesamowite Przezprzypadki. Czy wszystko da się naprawić?

- Zdarzają mi się czasem PRZEZPRZYPADKI - powiedział ostatnio Ignacy. Piękne słowo! Wam też się czasem zdarzają takowe? Ja na przykład całkiem niedawno miałam taki PRZEZPRZYPADEK, że zahaczyłam stopą o półtoralitrową butelkę wody stojącą w pokoju dziecięcym i jej zawartość błyskawicznie zalała pół dywanu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy spojrzałam na butelkę i zobaczyłam, że jest szczelnie zamknięta, ale już prawie zupełnie pusta. - Normalnie magia! - pomyślałam sobie i zerknęłam na Ignacego, przyglądającego się całemu zdarzeniu. Miał dziwnie zaciśnięte usta i stał w zupełnej ciszy. Dziwna sytuacja... Zaczęłam bardziej badawczo przyglądać się butelce i wtedy spostrzegłam, że ciut poniżej główki butelki znajduje się spora dziura o nieokreślonym kształcie, zaklejona taśmą klejącą!!!  Od kiedy mam dzieci coraz mniej rzeczy mnie dziwi. Teraz jednakże stałam przez chwilę oszołomiona. Następnie zwróciłam się do swego pierworodnego: - Ignasiu! Czy wiesz może co się stało z tą butel...

Puk, puk! Powtórka z rozrywki.

Zaczęły się! Ponownie. Żarty. Jesteśmy rodzicami dwójki dzieci. Obserwowaliśmy ewolucję żartów u Ignacego, a teraz mamy powtórkę z rozrywki u naszej, prawie dwuletniej Helenki. Uwielbiamy żarty sytuacyjnye, improwizowane. Jako pedagodzy wiemy, że dziecko zaczyna żartować z wiekiem. Muszą się w mózgu wykształcić pewne połączenia. Żart jest mocno związany z umiejętnością myślenia abstrakcyjnego, które u dziecka z czasem się rozwija. Jako rodzice wiemy, że dziecko najwięcej uczy się przez rozmowę. Wiec gadamy z naszymi dziećmi i gadamy i gadamy. Żart jest tym śmieszniejszy im bardziej skojarzy się ze sobą z pozoru nie powiązane rzeczy. Obecnie nasz 6-letni Ignacy bardzo często nas rozśmiesza, coraz bardziej wyrafinowanymi i świadomymi żartami sytuacyjnymi. Pamiętamy jak to się zaczynało. Ignacy nie miał półtora roku. Wiedział doskonale jak robi kot ("miał"), pies ("hau hau"), świnka ("chrum:) itp. Pewnego dnia siedzieliśmy we trójkę w łóżku i coś jedliśmy....

Znacie Adama?

Znacie Adama? Jest z nami, a właściwie z Ignasiem od ponad pięciu lat i jest jego przytulanką – usypianką. Adam został zakupiony w Ikea i nasz syn otrzymał go od nas z okazji pierwszego w swoim życiu Dnia Dziecka i od tej chwili są nierozłączni. Adam towarzyszył Ignasiowi podczas snu, wakacji, zabaw w piasku, pierwszego dnia w przedszkolu i pewnie nie raz w toalecie. Wiele już w życiu przeszedł, był kiedyś cały w wymiotach, w błocie i w wodzie więc nie wygląda już tak dobrze jak kiedyś… Jednak Ignacy cały czas lubi go mieć blisko siebie. Nasz rodzicielski sekret polega na tym, że Adamów jest dwóch i gdy jeden się zabrudzi to idzie do kąpieli czyli prania a zastępuje go ten drugi czysty i świeży ;) Ostatnio nasza rozmowa zeszła na temat nowych zabawek i wyrzucania tych starych. Ignacy od razu zastrzegł: - Ja nigdy nie wyrzucę Adama! - Dobrze – odpowiedziałam – to jest dobry pomysł. Zachowasz go na zawsze i kiedyś pokażesz swoim dzieciom. - Tak – zgodził się Ignacy – ale ja zawsze...

Ignacy i liczbowa obsesja

Nasz prawie szceścioletni Ignacy przeżywa w ostatnim czasie wielką fascynację liczbami. To znaczy on od małego uwielbiał liczby, ale teraz, jak już umie liczyć pewnie do 100 (nieustannie, nie wiadomo dlaczego, omijając 16), ta fascynacja stała się niemalże liczbową obsesją. A objawia się mniej więcej tak... Wieczór. Ignacy leży z mamą w łóżku i próbuje zasnąć, ale liczby przemykają przez jego głowę, dręczą go i nie pozwalają mu zmrużyć oka. - MAMO! A WIESZ, ŻE PIĘĆ DODAĆ SZEŚĆ TO JEST JEDENAŚCIE?! - pyta Ignacy głośnym, podekscytowany szeptem. - Wiem - odpowiada mama Dorota. - MAMO! A WIESZ, ŻE SZEŚĆ I OSIEM TO CZTERNAŚCIE?! - kontynuuje nas syn. - NAPRAWDĘ?! - mama Dorota próbuje osiągnąć ten sam stopień podekscytownia. - NAPRAWDĘ - odpowiada Ignacy. - Ignacy - mama Dorota przejmuje inicjatywę - teraz ja Ci coś powiem. A WIESZ, ŻE STO DODAĆ STO TO DWIEŚCIE?! - WOW! - mówi Ignacy i nie wiedomo co jest teraz większe, jego źrenice, czy podziw dla mamy. Kilka dni później ...

Diaboliczny rechot

Kilka dni temu podczas wspólnej zabawy, mama Dorota wygłupiała się z naszą córką Helenką (1,5 roku) i w pewnym momencie powiedziała do niej: - Helenka! Diaboliczny rechot! Na te słowa Helenka wydała z siebie diaboliczne „HA! HA! HA! HA! HA!”, które potrafiłoby zmrozić krew w żyłach niejednemu jej rówieśnikowi. Po chwili do zabawy przyłączyliśmy się wsczyscy. Siedzieliśmy w ogrodzie, a nasz czterogłosowy, diaboliczny rechot słyszała cała okolica, zaś sąsiedzi upewnili się tylko w przekonaniu, że za płotem mieszka rodzina świrów. Wczoraj jechałem z Helenką i Ignacym samochodem, żeby odebrać mamę Dotorę i babcię Inię. Po drodze Ignacy zaczął mówić do Helenki: - Helenka! Diaboliczny rechot! Helenka! Diaboliczny rechot! Na co Helenka zaczynała swoje diaboliczne „HA! HA! HA! HA! HA!” Potem Ignacy zaczął się śmiać, według niego diabolicznie. Powiedziałem, że to nie brzmi zbyt diabolicznie. Ignacy trochę się załamał. Zaczęliśmy bawić się w wydobywanie z siebie różnych rodzajów śmiechu. Wres...

Teraz to już pewne. Mężczyznom brakuje jednego genu.

 To jeden z tych kiepskich poranków. Straszna migrena, taka, która sprawia, że każdy krok jest dramatem i powoduje odruch wymiotny. Każdy odgłos przeszkadza, a wiadomo, że przy dwójce dzieci odgłosów jest naprawdę niemało. Ignacy od razu zauważył, że coś ze mną nie w porządku i zapytał co się dzieje. Otrzymał odpowiedź, że boli  mnie strasznie głowa i chce mi się wymiotować. Przytulił mnie i odrzekł krótko: - To wymiotuj mamo! No tak… chyba sformułowanie „chce mi się wymiotować” nie jest odpowiednie. Przecież jak czegoś się chce to powinno się to robić… Nieważne. Byle tylko usiąść na kanapie. Tak! Jak siedzę, to wszystko wiruje jakby mniej. Łykam paracetamol i jak zwykle wierzę, że za chwilę będzie lepiej. Nagle słyszę okrzyk oburzonego Ignacego, który wymachuje pustym kubkiem: - Mamo a Helena to wypiła a nie wiadomo czy to nie było wino?! - Jakie wino? Skąd wino? – pytam, rozglądając się nerwowo po pokoju i starając się przypomnieć sobie kiedy w ogóle piłam ostatnio ja...